101% złego skurwiela

Było o albumach, było o teledyskach, teraz będzie o postaci. Ostatnio sporo mówi się o męskości, o tym, jaki powinien być prawdziwy facet, a jaki nie powinien być, aby ktoś nie rzucił czasem w jego stronę wywołującym ciary słowem „pizda”. Przeczytajcie więc o esencji męskości i tego, co za oceanem nazywają „badassery”. O wciąż żyjącej, a już legendarnej ikonie. Powiecie: Wielu jest takich. Okej, zgoda, ale niedawno zdałem sobie sprawę, że głos tego zaćpanego, zapijaczonego skurwiela przewija się w moich playlistach, inspiracjach i wzorach do wszelakich porównań od dawna. Panie, chowajcie Wasze córki, siostry, matki. Panowie, koks, jointy i flaszki na stół, Pan Phil Anselmo.

Skurwiel z Niego rzeczywiście niezły, choćby muzycznie. Zaczynał od pudelowatego glam rocka w stylu wczesnego Bon Jovi z domieszką Kiss i tego, co dzisiaj ci co bardziej poprawni nazywają metroseksualnością. Potem razem z chłopakami z Pantery poszli w dość  niekonwencjonalny thrash. Choć to wcale nie brzmiało jak np. Kreator czy Slayer. Ostatni album Pantery to nowa jakość w amerykańskim metalu, czysta stal. Jakość, na bazie której dzisiaj tworzy wielu, chociażby Lamb Of God.

640x360

Gość ma głos nieprzeciętny. Potrafi (a przynajmniej kiedyś potrafił) niczym Farinelli wyciągnąć tak wysoko, że wszystkie koty spierdalały z okolicy w popłochu podczas odsłuchu na dobrym głośniku, potrafi pięknie, delikatnie zaśpiewać balladę, potrafi tak wydrzeć japę, że Lucyfer kuli się na tronie jak zmoknięty szczeniak, a Nergal z niepokojem podkręca wąs. Przeżył kilka odwyków, śmierć kliniczną i zapewne całe mnóstwo tych pięknych rzeczy, o których muzycy piszą w biografiach.

Nie pamiętam, kiedy poznałem Panterę, ale pewnie jakoś pod koniec podstawówki. Każdy znał wtedy Cowboys From Hell i Cementery Gates. Ale poważniej zainteresowałem się tą muzą na początku liceum. Wkręciłem się dość mocno, zwłaszcza w pierwsze dwa albumy, kolejne odkrywałem stopniowo. A dzisiaj ostatni uznaję za najlepszy (#herezja). Down natomiast początkowo nie podeszło mi zupełnie. Pamiętam, że za jakieś wtedy ogromne pieniądze (czyli pewnie z 10zł) kupiłem CD Nola wypalaną z jakichś tajemniczych mp3, które wybierało się z kserowanego i przekazywanego pocztą pantoflową katalogu. I było rozczarowanie. Dopiero po przesłuchaniu drugiego albumu, czyli A Bustle In Your Hedgerow, złapałem klimat i popłynąłem. Nigdy nie słuchałem bluesa, jest dla mnie nudny. Nigdy nie byłem w Nowym Orleanie, ale gdy słucha się tej płyty, to można sobie wyobrazić ten duszny, nowoorleański klimat i dźwięki harmonijki ustnej płynące z jakiegoś zapyziałego lokalu, gdzie czarny, wysuszony gość w kapeluszu smęci do pustej sali i barmana opartego oboma łokciami o kontuar. I tutaj wokal Phila jest obłędny.

Konkretne utwory? New Orleans Is A Dying Whore, Stone The Crow, Beautifully Depressed, i genialne tekstowo Learn From This Mistake i Yesterday Don’t Mean Shit, które zdarzało mi się namiętnie nucić w TYCH momentach życia. I’m Broken, 5 Minutes Alone czy I’ll Cast A Shadow, kwintesencja energii w metalu. I tak możnaby długo. Ale najlepiej przesłuchać sobie wszystkiego, po kolei.

Pozwólcie, że zakończę ciekawostką, która zobrazuje to, jak Phil wpłynął na kształtowanie się mojego gustu muzycznego. Uwielbiam Johnnego Casha. Nie poznałbym go, gdyby nie Down i Anselmo. To chyba wystarczy, aby powiedzieć: “Dzięki Phil”.

A brodę nosi od niedawna.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: